Dzień obfity w wydarzenia i wrażenia.
Grzyby były, nawet bardzo dużo.
Ale zbieranie odbywało się w niesamowitych okolicznościach. Las przedstawiał straszny obraz zniszczeń w wyniku niedawnych burz z wichurami. Jeszcze czegoś takiego nie widziałam.Olbrzymie sosny wyrwane z korzeniami i powalone na ziemię. Wiele drzew złamanych w połowie pnia. Plątanina gałęzi i pni niemożliwa do przebycia, tarasująca drogę.Jak wielka musiała być potęga żywiołu,by zniszczyć te wieloletnie olbrzymy, unicestwić ich dostojność, pokonać je. Nie da się opisać słowami tego pogromu, zdjęcia też nie pokazują wszystkiego.
Trudno było poruszać się po takim lesie, zwłaszcza że temperatura sięgała 30 stopni,żar lał się z nieba.Razem z Basią K. poruszałyśmy się po tym pobojowisku jak duchy,na dodatek "okutane " jak na mróz, w obawie przed kleszczami.
Ale było co zbierać.Prawdziwki, czerwonogłówce, koźlaki i pomniejsze grzyby rosły stadami, nic tylko ciąć nożem i do kosza.Ale nie brakowało w lesie i innych "okazów" , jak chociażby ten, który można nazwać "dwa starocia" :).
Nie obyło się bez przygody i emocji. Zabłądziłyśmy i trafiłyśmy na zwalisko drzew niemożliwych do przebycia. Trzeba było pokonywać te przeszkody w różny sposób.To dopiero była szkoła przeżycia ! Wspinanie się na pnie, przeskakiwanie, przechodzenie pod gałęziami. Leśny aerobik, hehehehe.... Pot zalewał oczy, panika wkradała się do myśli,że zostaniemy tam na zawsze . Ale udało się, jakoś wyszłyśmy do miejsca postoju. I wreszcie chwila odpoczynku.
A dziś od rana suszę, gotuję, smażę.....Będzie trochę zapasu na zimę.
Mimo tylu trudności nie zapomnę tej wyprawy na grzyby.
Pozdrawiam.










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz